Breaking News

Słodko-gorzkie dni na The Emirates. Arsenal mknie jak walec, ale uraz White’a mocno komplikuje plany

Kiedy Arsenal wrzuca wyższy bieg, rywalom często zostaje już tylko modlitwa o łagodny wymiar kary. Żeby zrozumieć, z jak potężnie naoliwioną maszyną mamy do czynienia w tym sezonie, wystarczy przypomnieć sobie egzekucję, jakiej Kanonierzy dokonali na Aston Villi w 19. kolejce Premier League. To była absolutna miazga. Goście z Birmingham przyjechali do Londynu napompowani serią jedenastu zwycięstw z rzędu – nie zaznali goryczy porażki od 1 listopada i pamiętnej wizyty na Anfield. Unai Emery zbudował świetnie funkcjonujący mechanizm, który na Emirates został po prostu brutalnie zdemontowany. Wynik 4:1 mówił sam za siebie. Jednak piłka nożna bywa okrutna, a londyńska euforia została właśnie boleśnie zgaszona wiadomościami, które napłynęły z gabinetów medycznych po ostatniej, przepchniętej wygranej 1:0 z West Hamem.

Ben White uszkodził więzadło poboczne w kolanie. Całe szczęście obejdzie się bez interwencji chirurga, ale to marne pocieszenie w obliczu bezlitosnego kalendarza. Defensor wypada z gry na trzy ostatnie spotkania kampanii, w których ważyć się będą losy podwójnej korony. Zabraknie go w ligowych bojach z Burnley i Crystal Palace, ale przede wszystkim – ominie go wielki finał Ligi Mistrzów przeciwko PSG. Sztab szkoleniowy może jedynie liczyć na to, że Anglik będzie w stu procentach gotowy na letni okres przygotowawczy do kolejnego sezonu.

Dramat 28-latka ma niestety również wymiar reprezentacyjny. Ominą go mistrzostwa świata, a przecież White dopiero co wrócił do łask kadry po czteroletniej banicji, dając bardzo mocne sygnały w starciach z Urugwajem i Japonią. Thomas Tuchel odsłoni karty i ogłosi kadrę na mundial 22 maja, z kolei Synowie Albionu rozpoczynają turniej 17 czerwca od meczu z Chorwacją. Już teraz wiemy, że nazwiska prawego obrońcy Arsenalu w tej talii zabraknie.

Dla Mikela Artety to potężny ból głowy. Prawa flanka nagle stała się wyjątkowo wrażliwym punktem, zwłaszcza że Jurrien Timber od dwóch miesięcy zmaga się z urazem pachwiny i jego powrót na finisz sezonu to wciąż wróżenie z fusów. Hiszpańskiemu menedżerowi zostają opcje awaryjne: do łatania dziury z tyłu przymierzany jest Cristhian Mosquera, choć warto pamiętać, że w obecnej kampanii rolę strażaka na prawej stronie bloku defensywnego z konieczności pełnił już nawet Declan Rice.

Wracając jednak do boiskowej rzeczywistości i tego, z jaką siłą potrafi uderzyć londyński zespół – starcie z The Villans było podręcznikowym pokazem dominacji. O ile w pierwszej połowie goście stawiali jeszcze realny opór i potrafili ugryźć z kontry (Ollie Watkins fatalnie skiksował w polu karnym po wybornym dograniu Emiliano Buendii), tak po zmianie stron stanowili już wyłącznie tło. Kanonierzy rozwiązali worek z bramkami oczywiście po rzucie rożnym, bo jakże by inaczej. Bukayo Saka posłał świetną centrę, Gabriel Magalhaes wygrał fizyczną walkę w powietrzu i wpakował piłkę do siatki. Aston Villa nie zdążyła nawet złapać oddechu po pierwszym gongu, a już dostała drugi cios. Martin Odegaard zaliczył kapitalny przechwyt, posłał ciasne, prostopadłe podanie, a Martin Zubimendi z zimną krwią wygrał pojedynek oko w oko z bramkarzem. W tym momencie to spotkanie de facto dobiegło końca, a przyjezdni całkowicie się posypali.

Gospodarze poszli za ciosem, chwytając rywala za gardło. Na 3:0 podwyższył Leandro Trossard, a dzieła zniszczenia dopełnił Gabriel Jesus, pakując piłkę do bramki przy swoim pierwszym kontakcie po wejściu na murawę. Dla Brazylijczyka był to ważny moment – pierwszy gol od stycznia. Defensywa Arsenalu minimalnie przysnęła dopiero w doliczonym czasie gry, co pozwoliło Watkinsowi na zdobycie honorowego trafienia ustalającego wynik na 4:1. Z perspektywy trybun ten pogrom oglądał Matty Cash, który musiał pauzować za nadmiar żółtych kartek. Widząc, jak niemiłosiernie gospodarze punktują jego kolegów z szatni, polski obrońca prawdopodobnie nie żałował, że tego popołudnia miał wolne.

W tej całej beczce miodu, jaką jest gra ofensywna Arsenalu, jedyną poważną rysą pozostaje postawa Viktora Gyokeresa. Szwedzki snajper, za którego zapłacono ponad 60 milionów euro, miał we wspomnianym meczu z Villą dwie idealne okazje z główki, ale potwornie pudłował w sytuacjach, w których napastnik z taką metką cenową po prostu nie ma prawa się mylić. Biorąc pod uwagę nagłą lukę w defensywie spowodowaną absencją White’a i niewyobrażalną presję zbliżającego się finału Ligi Mistrzów, Kanonierzy będą musieli polegać na bezwzględnej skuteczności z przodu. Maszyna Artety potrafi miażdżyć, ale prawdziwy egzamin z mistrzowskiego charakteru przejdzie właśnie teraz, gdy Hiszpan musi szyć skład z tego, co mu zostało.